Nie - księżniczka. Dzień z życia Ani Czartoryskiej

Anna Czartoryska mierzy sukienkę
Anna Czartoryska mierzy sukienkę Fot. A.Wittenberg / naTemat
Pojechałam na spotkanie z księżniczką. Ale cały dzień spędziłam z normalną dziewczyną, która ciężko pracuje, kilka razy objeżdża kwartał ulic zanim znajdzie miejsce parkingowe, je pizzę rękami i martwi się, czy babci spodoba się jej występ w "Operetce". Poznajcie Anię Czartoryską.

Przed "Dniem z życia" wiem o niej tyle, co mówi w wywiadach i co na jej temat pisze kolorowa prasa. A strzępki obrazów i zdań układają się w prostą całość – młoda, ładna, a do tego dobrze urodzona dziewczyna wychodzi za milionera. Dostała drogi pierścionek, a jej ślub przebije uroczystość Oli Kwaśniewskiej. Słowem: ma wszystko, nic nie musi, a jej życie jest jak z bajki.

Z taką Anią Czartoryską jadę się spotkać. Wieczorem jednak rozstanę się już zupełnie z kim innym: ciekawą, poukładaną, a przy tym absolutnie skromną dziewczyną.

Co działo się w międzyczasie?
ń
Umawiamy się na porannej próbie do występu, który Ania ma za kilka dni. Niewielka sala w podziemiach kościoła na stołecznym Bemowie, czterech muzyków i ona, którą przy każdej kolejnej piosence bardziej roznosi energia. Podskakuje, śmieje się, chodzi między muzykami.

Później, już po próbie, powie mi, że gdyby ktoś kazał jej wybierać między muzyką, a teatrem, nie potrafiłaby podjąć decyzji. Obie rzeczy studiowała, czuje, kocha i chce łączyć jak najdłużej się da.

Ania na próbie jest skupiona. Z uwagą słucha szyfru, jakim porozumiewają się muzycy. Sama też ma do wykonań (także do siebie) trochę uwag, więc utwory wszyscy powtarzają po kilka razy, szlifują nawet pojedyncze takty. Choć przygotowują się do kameralnego występu na zamkniętej imprezie, szczegóły dogrywają jak przed wielkim koncertem.

Na koniec próby muzycy ustalają dojazd. Ania decyduje, że dojedzie sama. Pewnie dzięki mapom Google, które sprawdza w telefonie nawet kiedy z Bemowa jedziemy do centrum.

Dopiero w samochodzie mamy chwilę, żeby porozmawiać na serio. Przerywając podśpiewywanie piosenek Moniki Brodki, Ania opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć balans między życiem prywatnym i popularnością. Przyznaje, że na początku szczególnie trudno było jej znieść komentarze, które pojawiały się pod tekstami na jej temat.

Teraz Ania się już nie stresuje, śmieje się, że komentarza, w którym ktoś pisze, że wygląda "bżydko" nie sposób brać poważnie. Ale zainteresowanie bulwarówek nieco utrudnia jej życie: nie pojedzie już metrem, musi unikać niektórych miejsc, kawiarnianych ogródków, galerii handlowych. W końcu jednak znalazła sposób na paparazzich: sama robi im zdjęcia. I ma już w telefonie niezłą kolekcję speszonych i zdumionych mężczyzn z aparatami.

Choć Mini Cooper, którym jeździ Ania powinien zmieścić się wszędzie, żeby znaleźć miejsce parkingowe na Mokotowskiej, musimy objechać cały kwartał. Ania jest umówiona z Justyną i Pauliną, w których butiku szuka pomysłu na najbliższe kreacje. Potrzebuje czegoś na koncert, składanie życzeń w TVP, pokaz prasowy brytyjskiego serialu "Szpiedzy w Warszawie", w którym zagrała krótki epizod.

Ania wyjaśnia mi później, że jej występy w mediach są na oku całej rodziny Czartoryskich. To dla niej dodatkowa motywacja, by starannie dobierać miejsca, w których się pokazuje. Zawsze któraś z cioć zadzwoni do taty chwaląc lub ganiąc. – Pewnie dlatego jestem taka grzeczna – żartuje Ania.

Przyznaje jednak, że to między innymi dzięki wychowaniu udaje jej się na razie omijać pułapkę publicity, w jaką wpada wiele innych osób, które w karierze korzystają z drogi na skróty. Choć w czasie naszego wspólnego dnia Ania jest proszona o udział w różnych imprezach kilka razy, za każdym odmawia. Mówi, że bywanie nie jest dla niej, bo na większości bankietów panuje nerwowa atmosfera – niby rozmawiamy, ale każdy patrzy, skąd go fotografują. Na arystokratyczny bal debiutantów też nie poszła.

Ania przyznaje mi, że w trochę boi się o ślub. Nie chce, by skończyło się jak u Aleksandry Kwaśniewskiej, której uroczystość zdominowali fotografowie. Ania chciałaby żeby było rodzinnie, normalnie, ale to chyba niemożliwe, skoro prasa już zaczęła podgrzewać atmosferę wokół tego wydarzenia. Najbliżsi przyjaciele wiedzą, że przyszłym małżonkom zależy na dyskrecji. Do kolorowych gazet co jakiś czas trafiają jednak przecieki od ludzi, którym coś obiło się o uszy. Efekt? Mnóstwo zmyślonych historii.

Im bliżej do czerwca, tym częściej do Ani dzwonią też projektanci, krawcy z propozycjami uszycia sukni. A Ania grzecznie odmawia. Bo na sukienkę ma pomysł, którego nie zdradzi ani im, ani tabloidom. I który ani trochę nie pasuje do przypinanej jej łatki księżniczki z bajki.


Ania skupia się teraz na pracy w teatrze. Etat ma we Współczesnym. To tam przychodzą do niej listy od fanów (mówi, że nie na wszystkie odpowiada, ale się stara. Pomaga wysłanie zaadresowanej do siebie koperty ze znaczkiem) i stamtąd odbiera świąteczne bony do marketu.


Teraz gościnnie gra w "Operetce" w Teatrze Dramatycznym ("ten chłopak na plakatach, to ja!"). Kiedy się spotykamy akurat nie ma prób, ale i tak zabiera mnie na chwilę do garderoby (musi przez chwilę przekonywać panią na recepcji, która zupełnie jej nie poznaje). Jak jest? Kilka krzeseł, kilka luster. Tam, gdzie siedzi Ania, akurat jednego brakuje. W sumie smutnawo i trochę PRL-owsko. I to niby miejsce dla wielkiej gwiazdy?

Zbliża się wieczór, więc jeszcze tylko jedziemy na obiad. Ania lubi włoskie jedzenie, zabiera mnie więc na Kruczą, do restauracji, którą prowadzą jej przyrodni bracia. Kiedy czekamy na pizzę, Ania przyznaje, że gdyby nie siedziała teraz ze mną, pewnie czytałaby naTemat (Ania, wciąż jest mi miło!). Wyjmuje telefon i pokazuje, które artykuły by kliknęła. Potem przez chwilę bawi się aplikacjami, aż trafia do notatek, gdzie ma zapisaną całą listę świątecznych prezentów. Do kupienia został tylko sweter dla taty. Poczeka jednak, aż będzie miał chwilę czasu i pojedzie z nią do sklepu. W zeszłym roku nie trafiła z rozmiarem.

Przez cały dzień Ania nie rozstaje się z telefonem. Co chwila ktoś dzwoni, prosi o komentarz, zaprasza na pokaz. Ania dziękuje, odmawia, lub wpisuje kolejne pozycje do kalendarza w smartfonie. Boi się, że o czymś zapomni. Przyznaje jednak, że nie chce zatrudnić asystentki, bo gdyby ktoś musiał dbać o to, jak wygląda jej dzień, czułaby się co najmniej nieswojo.

Kiedy pytam Anię o dalsze plany, nie potrafi ich sprecyzować, ma dziesiątki pomysłów na to, co dalej. Jej noworocznym postanowieniem jest wydanie płyty z piosenkami, które śpiewała na porannej próbie ("byłby to mój pierwszy autorski krążek, zostały napisane specjalnie dla mnie!"). Przyznaje też, że w którymś momencie chciałaby zająć się działalnością społeczną, edukacyjną. "Najpierw jednak muszę czuć, że sama osiągnęłam coś w życiu".
Trwa ładowanie komentarzy...